Kościół wypełnia cisza, wierni klęczą w ławkach, czekając na najważniejszy moment ich dnia. Na ołtarzu palą się świece, w centrum ten znak, który każdy z nas nosi głęboko w sercu – krzyż Pana Naszego Jezusa Chrystusa. Nagle rozlega się dzwonek i do ołtarza wychodzą ministranci z kapłanem, świątynię wypełnia starożytny łaciński śpiew, a kapłan z utkwionym w wizerunek Zbawiciela wzrokiem rozpoczyna modlitwę, tak samo jak od dziesiątków wieków… rozpoczęła się Msza Trydencka.

O Mszy według mszału Jana XXIII (bo tak fachowo można ją określić) zrobiło się głośno, kiedy Ojciec Święty Benedykt XVI ogłosił w 2007 r. swój dokument Motu Proprio Summorum Pontificum, pisząc w nim, że każdy ksiądz może odprawiać Mszę Trydencką (czyli Mszę, która była powszechnie odprawiana w Kościele rzymskokatolickim do 1970 r.), bez konieczności czyjejkolwiek zgody, a prośbę wiernych o pojawienie się takiej Mszy w parafii „proboszcz powinien chętnie przyjąć” (SP 5. § 1). Do roku 2007 istniała ograniczona liczba miejsc, gdzie Msza Trydencka była sprawowana. Po papieskiej decyzji nastąpiła ogromna zmiana! Co miesiąc pojawiają się nowe parafie, gdzie jest celebrowana taka Msza, odprawiają ją coraz częściej kardynałowie i biskupi, a wierni coraz liczniej zakochują się w tej liturgii. Wierni ci – to warto podkreślić –– to głównie ludzie młodzi! Powstają coraz to nowe zgromadzenia zakonne, które swój charyzmat opierają jedynie na klasycznej liturgii, a wiele starych zakonów włącza klasyczną liturgię do swego duchowego rytmu dnia. Tworzy się to, o co apelował papież jeszcze jako kard. Ratzinger – tworzy się Nowy Ruch Liturgiczny, czyli ruch wiernych, którzy chcą głębiej przeżywać swoją więź z Jezusem Chrystusem w liturgii, którzy chcą tam odnajdywać swoją duchowość, czerpać z tego „źródła” (Sacrosanctum Concilium 10). Można powiedzieć, że jest ona jednym ze sposobów na Nową Ewangelizację. Czym więc jest ta Msza? O co w niej chodzi? Co w niej takiego wyjątkowego?

W sprawowaniu liturgii decyduje się przyszłość wiary i Kościoła.

Kard. J. Ratzinger (Benedykt XVI)

1. Trydencka, gregoriańska, nadzwyczajna forma rytu rzymskiego – nazewnictwo

Na określenie Mszy św. „Trydenckiej” używa się wielu nazw, jedne są bardziej, a inne mniej trafne. Jak powinniśmy prawidłowo ją nazywać

  • Trydencka

Jest to chyba najpopularniejsza nazwa. Odwołuje się ona do faktu, iż msza ta została zaprowadzona jako obowiązująca w Kościele pod wpływem Soboru Trydenckiego (1545–1563). Wydanie wzorcowego mszału w roku 1570 zawdzięcza Kościół św. Piusowi V. Jednakże nazwa ta nie jest do końca prawidłowa, gdyż sugeruje, że ten ryt Mszy powstał w 1570 r. Jednakże prawda jest taka, że ma on przynajmniej 1500 lat!

Najważniejsza część Mszy „trydenckiej”, Kanon Rzymski (czyli Modlitwa Eucharystyczna) powstał przed IV wiekiem. Niektórzy twierdzą, że fragmentami sięga czasów apostolskich. W V wieku znano już tekst Kanonu, który praktycznie w tej samej formie zachował się do dziś. Do XVI wieku nie było jednego wspólnego mszału dla całego Kościoła, lecz w różnych miejscach używano mszałów odrobinę różnych. Jednakże różnice były na tyle małe, iż były nie do zaobserwowania dla zwykłego wiernego. W XVI wieku Sobór Trydencki musiał rozwiązać problem licznych herezji, jakie w wyniku reformacji przenikały do liturgii Kościoła. Kontrolowanie, aby wszystkie mszały pozostawały prawowierne, stawało się trudne. Uchwalono dekret, który zarządzał m.in. ujednolicenie obrzędu Mszy dla całego Kościoła. Miał tego dokonać papież Pius V. Czy stworzył swój własny mszał? Tak o tym napisał papież Benedykt XVI: „Mszał Piusa V, jako stworzony przez niego, w rzeczywistości nie istnieje. Istnieje jedynie przeróbka nakazana przez Piusa V, jako jedna z faz długiego procesu historycznego rozwoju”. Podsumowując, mszał sprzed Soboru Trydenckiego i ten, który wydał św. Pius V, to jeden i ten sam mszał, ta sama liturgia, a największą nowością był fakt, że od tej pory Mszały drukowane w Rzymie miały być przyjęte na całym świecie

  • Gregoriańska

Nazwa „Msza gregoriańska” (nie mylić z popularną „gregorianką” – 30 Mszy w intencji zmarłej osoby) jest preferowana przez np. kard. Hoyosa, który w jednym z wywiadów mówił: „Wolę określenie ryt gregoriański, jako wcześniejsze od nazwy ryt św. Piusa V. Istotnie, jeżeli mówimy dawny (dawne są wszystkie ryty pochodzące sprzed ostatniego soboru), w pewien sposób pomniejszamy znaczenie tego rytu. Lepiej jest używać pojęcia ryt gregoriański, wiążącego się z tak wieloma wspaniałymi rzeczami, które powstały w Kościele, w tym z chorałem gregoriańskim”.

  • Nadzwyczajna forma rytu rzymskiego

Od 2007 (wydanie Motu Propio Summorum Pontificum) jest to oficjalna, nadana przez Ojca Świętego Benedykta XVI, nazwa Mszy „trydenckiej”, w odróżnieniu od nowej Mszy zwanej „zwyczajną formą rytu rzymskiego”. O tym rozdzieleniu rytu rzymskiego na 2 formy papież napisał tak: „Nie ma żadnej sprzeczności między jednym a drugim wydaniem Mszału Rzymskiego. W dziejach Liturgii występują rozwój i postęp, ale nie ma żadnego zerwania. To, co dla poprzednich pokoleń było święte, również dla nas pozostaje święte i wielkie i nie może być nagle całkowicie zakazane lub, tym bardziej, uznane za szkodliwe. Wszystkim wyjdzie na dobre zachowanie bogactw, które wzrastały w wierze i modlitwie Kościoła, i przyznanie im należytego miejsca„.

2. Do mnie tyłem?! – zwrócenie celebransa

Przy pierwszym kontakcie z Mszą w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego (w skrócie NFRR) tym, co rzuca się w oczy, jest postawa celebransa. Powszechnie mówi się, że ksiądz stoi „tyłem do ludzi”, ale jeszcze 40 lat temu nikt nie zrozumiałby, o co nam chodzi. Przecież ludzie w ławkach też nie stoją tyłem do nas, oni stoją w tym samym kierunku, co my! Podobnie nikt nie ma pretensji, że kierowca autobusu siedzi tyłem do nas, przecież to oczywiste, że jest razem z nami zwrócony w kierunku jazdy.

Kapłan nie ustawia się tyłem do ludzi, ale przodem do ołtarza (symbolizuje Chrystusa), krzyża, który jest w centrum, tabernakulum (gdzie Bóg jest prawdziwie obecny) i ku wschodowi (o tym za chwilę). Kapłan więc nie stoi „tyłem do ludzi”, ale „przodem do Pana Boga” (po łacinie – versus Deum). Całą Mszę wpatruje się – wraz z ludem – w Najważniejszego, ale zawsze, gdy zwraca się do ludzi, odwraca się twarzą do nich. Kapłan, paradoksalnie, kryje się w cieniu, staje się przeźroczysty, nie próbuje być w centrum, ale razem z nami patrzy w jednym kierunku i nie zasłania nam Pana. Jakże to wspaniały obraz pielgrzymującego ludu, którego przewodnikiem jest kapłan! Kierując modlitwę ku Bogu, kapłan pozostaje razem z ludem zwrócony, jak wcześniej wspomniano, ku wschodowi (tak kiedyś były budowane kościoły, z ołtarzem skierowanym na wschód). Dlaczego? Jest to zwrócenie w kierunku wschodzącego słońca, znaku Chrystusa i Jego ponownego i ostatecznego przyjścia, o czym mówi nam Pismo Święte: „Nawiedzi nas z wysoka Wschodzące Słońce” (Łk 1,78). Kapłan stoi, więc zwrócony ku Chrystusowi, stoi wraz z całym Kościołem Świętym wpatrzony w Tego, który jest naszą miłością i zbawieniem. Zwrot kapłana na wschód (ad orientem) nie jest wcale cechą charakterystyczną dla nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego. Wszystkie tradycyjne chrześcijańskie obrządki wschodnie i zachodnie do dzisiaj zachowały postawę kapłana ad orientem. Historia liturgii pokazuje, że ani Ostatnia Wieczerza nie była sprawowana „twarzą do ludzi” (Żydzi spożywali wieczerzę przy półokrągłym stole, nie siedzieli wokół niego), ani Msze w katakumbach, ani pierwsze Msze po ustaniu prześladowań. Chrześcijanie od początku modlili się, patrząc wspólnie na wschód i na krzyż.

W wywiadzie z 5 września 2003 roku ówczesny kardynał Ratzinger potwierdza: „Rzekłbym, że ukierunkowanie kapłana i wiernych versus orientem jest bardzo pomocne, ponieważ symbolizuje prawdziwą tradycję apostolską. Nie jest to tylko norma, lecz wyraz tak kosmicznego, jak i historycznego wymiaru liturgii. Sprawujemy liturgię z kosmosem, światem. Wschód to kierunek przyszłości świata, historii symbolizowanej przez słońce i rzeczywistość kosmiczną. Sądzę, że w dzisiejszym świecie odkrywanie naszych relacji ze światem stworzonym jest łatwiejsze do pojęcia niż np. dwadzieścia lat temu. Wszyscy, kapłan i wierni, patrzą w jednym kierunku, razem zwróceni ku Bogu. Zewnętrzne gesty nie są wyłącznym środkiem zaradczym, ale mogą być pomocne, bowiem wyrażają klasyczną interpretację kierunku celebracji liturgii”.

\Problemowi temu został poświęcony jeden z rozdziałów książki kard. Ratzingera Duch liturgii (trzeba koniecznie po nią sięgnąć, aby zrozumieć wizję liturgiczną Ojca Świętego). Można w nim przeczytać: „Niezależnie jednak od wszelkich zmian, aż po początki drugiego tysiąclecia czymś oczywistym dla całego chrześcijaństwa jest modlitwa skierowana na Wschód, która od zarania stanowi tradycję i podstawowy wyraz chrześcijańskiej syntezy kosmosu i historii, syntezy zakorzenienia w jednorazowości historii zbawienia oraz zbliżania się do przychodzącego Pana”.

Podsumowując można powiedzieć, że kapłan w Mszy „Trydenckiej” nie jest w centrum, nie jest najważniejszy, jest – tak jak my – pielgrzymem, ale to on przewodzi naszej pielgrzymce, naszemu zwróceniu ku Bogu. Z drugiej strony, rola kapłana musi być wyjątkowa, bo to przez jego ręce dokonują się Święte Misteria, to on składa Bogu Najświętszą Ofiarę.

Wspólny dla kapłana i wiernych kierunek modlitwy – którego symboliczną formą był z reguły Wschód, kierunek wschodzącego słońca – powstał ze spojrzenia zwróconego ku Panu, prawdziwemu słońcu. W liturgii przeżywamy zapowiedź Jego powrotu, kapłan i wierni wychodzą mu na spotkanie. Tak więc kierunek modlitwy wyraża teocentryczny charakter liturgii, jest bowiem posłuszny napomnieniu: Zwróćmy się ku Panu!

Kard. J. Ratzinger (Benedykt XVI)

3. Nic nie rozumiem! – łacina

Wiele osób – nawet tych, które pozytywnie odebrały swój pierwszy kontakt z klasyczną liturgią – mówi, że „byłoby pięknie gdyby nie ta łacina…”. Rzeczywiście, język Mszy Trydenckiej jest dla wielu pozorną „barierą” przed bliższym poznaniem tej liturgii. Czy tak rzeczywiście być powinno?

Należałoby sobie zadać pytanie: „co znaczy rozumieć Mszę?”, czy naprawdę zrozumienie przez wiernych każdego słowa jest konieczne? Tutaj pojawia się pytanie o to, czym jest Msza Święta? Czy jest teatrem? Jeśli tak, to rzeczywiście, publiczność musi wszystko dobrze słyszeć i widzieć, aby być zadowoloną z widowiska. Jednakże Msza nie jest teatrem, lecz bezkrwawym Uobecnieniem Ofiary Pana Naszego Jezusa Chrystusa! Jest tak wielką i wspaniałą tajemnicą, że żaden język nie pozwoli nam jej w pełni zrozumieć. Nikt, żaden liturgista, teolog, biskup czy sam Ojciec Święty nie może powiedzieć, że tę Tajemnicę w całości rozumie. Istotą Najświętszej Ofiary Mszy Świętej jest przede wszystkim wewnętrzne zjednoczenie z ofiarą Jezusa Chrystusa. Język sakralny (i inne symbole w liturgii np. kadzidło, gesty, śpiew gregoriański) ma wprowadzić nas w atmosferę świętości, atmosferę obecności Bożej! Msza potrzebuje języka świętego, który będzie wyjęty spod tego, co światowe, przyziemne. Człowiek podświadomie czuje, że język, którego nie używa codziennie na ulicy, wyraża coś wielkiego. Każda liturgia potrzebuje języka kultycznego, który pozwala odczuć, że to, co się w czasie niej dzieje, jest czymś wyjątkowym. Podobnie jak celem liturgii nie jest nauczanie czy przekazywanie informacji, tak też język liturgiczny nie służy w pierwszym rzędzie rozmowie. Język ten ma podkreślać i uwydatniać dziejące się tajemnice, to, czym jest Msza Święta i co czyni Pan Jezus wraz ze swym Kościołem.

Gdybyśmy chcieli oprzeć naszą relację z Panem Bogiem i poznanie Go jedynie na słowach, to niewiele byśmy zdołali pojąć z wielkości Boga. Pięknie napisał o tym św. abp. Nowowiejski, wielki liturgista i męczennik: „Wprawdzie celem liturgii jest także połączenie, zjednoczenie człowieka z Bogiem; ale połączenie to dokonuje się nie za pomocą języka, ale miłości.”Dzięki łacinie (o czym przypomina Ojciec Święty choćby w wywiadzie z września 2003 r.) dostrzegamy uniwersalny wymiar wiary katolickiej, dzięki temu starożytnemu językowi czujemy, że niezależnie od miejsca na ziemi znajdujemy się w tym samym Kościele.

Czy jednak ludzie naprawdę stoją na Mszy „Trydenckiej” jak na przysłowiowym „tureckim kazaniu”? Nie! Większość modlitw, jakie znajdziemy w mszaliku, kapłan wypowiada po cichu, a te, które odmawiamy głośno znamy przecież bardzo dobrze z nowej Mszy (np. Panie, zmiłuj się nad nami, Chwała na wysokości Bogu, Wierzę w jednego Boga, Święty, święty, święty…, Ojcze nasz, Baranku Boży). Poznanie ich łacińskich tłumaczeń nie jest trudne, a wręcz zalecane przez ostatni sobór: „Należy (…) dbać o to, aby wierni umieli wspólnie odmawiać lub śpiewać stałe teksty mszalne, dla nich przeznaczone, także w języku łacińskim” (SC 54). Również warto podkreślić, że cała Msza nie jest w języku łacińskim, gdyż czytania, Ewangelię i kazanie usłyszymy w języku polskim.

Jest bardzo wskazane, aby poznawać teksty, jakie wymawia kapłan (szczególnie dlatego, że wiele z tych modlitw jest pięknych i ogromnie głębokich, samo ich poznawanie ogromnie rozwija duchowość), można to zrobić, kupując za niewielką cenę książeczkę ze stałymi częściami Mszy lub kompletny mszalik zawierający również części zmienne albo za pomocą internetu, gdzie znajdziemy wszystkie teksty liturgiczne każdego dnia. Często teksty te są rozkładane w kościele, tuż przed Mszą. Czy należy jednak uczestniczyć z mszalikami w ręku? Zależy. Wielu nie preferuje takiej formy uczestnictwa, lepiej przed Mszą poznać teksty zmienne, a już w czasie samej liturgii skupić się na modlitwie i uczestnictwie w świętych Misteriach. Po kilku Mszach i niewielkim wysiłku, aby poznać ją bliżej (np. dzięki internetowi), będziemy dokładnie wiedzieli, w jakim momencie Mszy jesteśmy i co się właśnie dzieje na ołtarzu.

Warto zauważyć, że Kościół do dziś zachowuje łacinę jako oficjalny język liturgii, o czym przypomniał Sobór Watykański II: „W obrządkach łacińskich zachowuje się używanie języka łacińskiego poza wyjątkami określonymi przez prawo szczegółowe” (SC 36). Z tego powodu można spotkać Nową Mszę odprawianą (w całości lub częściowo) w języku łacińskim np. podczas papieskich celebracji.

4. Śpiew jak żaden inny

Gdy trafimy na śpiewaną Mszę w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, to usłyszymy oprócz (lub zamiast) typowych pieśni również śpiew łaciński. Jednakże nie są to po prostu pieśni po łacinie, od razu zrozumiemy, że to całkiem inny śpiew, coś, czego nie słyszymy w naszych kościołach. To właśnie nazywamy chorałem gregoriańskim. Niezwykle rzadko można usłyszeć jego namiastkę na Mszach „posoborowych”, mimo że Sobór Watykański II nauczał, że „śpiew gregoriański Kościół uznaje za własny śpiew liturgii rzymskiej. Dlatego w czynnościach liturgicznych powinien on zajmować pierwsze miejsce wśród innych równorzędnych rodzajów śpiewu” (SC 116).

Nie był to tylko mało znaczący punkt dokumentu, o którym można zapomnieć. Św. Jan Paweł II pisał, że „natchniona melodyka śpiewu gregoriańskiego miała się stać w następnych stuleciach charakterystyczną formą wyrażania wiary Kościoła w muzyce podczas liturgicznej celebracji świętych tajemnic. Tak oto «piękno» łączyło się z «prawdą», aby także drogami sztuki przenosić ludzkie dusze ze świata zmysłowego w rzeczywistość wieczną” (List do artystów). Benedykt XVI pośród wielu wypowiedzi mówił np.: „W końcu, biorąc pod uwagę różne kierunki i różne, godne pochwały tradycje, pragnę przypomnieć, o co prosili Ojcowie synodalni, by odpowiednio doceniono chorał gregoriański, jako właściwy dla liturgii rzymskiej” (Sacramentum caritatis), a Franciszek mówił, że chorał gregoriański jest wzorem muzyki liturgicznej (Przemówienie do Włoskiego Stowarzyszenia św. Cecylii). Cytaty można by mnożyć, a pokazują one, że ten rodzaj śpiewu jest wybitnie liturgiczny, najbardziej pasujący do kultu Bożego i najlepiej go wyrażający. Chorał gregoriański swoją melodią wprowadza nas w nastrój liturgiczny dnia, pomaga w skupieniu i podniesieniu myśli do Boga.

Śpiewanie i wykonywanie muzyki w kościele to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie można robić na chwałę Boga. Piękna i dobra muzyka zbliża bowiem do Boga (…) Nie jakakolwiek muzyka, lecz muzyka święta, bo święte są obrzędy.

Franciszek, Przemówienie do Włoskiego Stowarzyszenia św. Cecylii

W tym miejscu warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Podczas każdej Mszy oprócz części stałych, tj. Kyrie (Panie, zmiłuj się nad nami), Gloria (Chwała na wysokości Bogu), Credo (Wierzę w Boga) itd. są części zmienne, czyli introit (śpiew na wejście), offertorium (śpiew na ofiarowanie), graduał (odpowiednik dzisiejszego Psalmu responsoryjnego), Alleluja i communio (śpiew na Komunię). Te śpiewy zmieniają się podczas każdej Mszy, ale nie według nastroju organisty czy księdza. Ich treść i unikalna melodia (często bardzo rozbudowana, niespotykana w żadnych znanych nam pieśniach) są nierozłącznie połączone z formularzem liturgicznym danego dnia. To znaczy, że przychodząc w niedzielę do kościoła, usłyszymy na wejście śpiew, którego treść i melodia pojawia się tylko ten jeden raz i jest dostosowana do wszystkich innych tekstów dnia! To nie organista wybiera śpiew, to liturgia Kościoła daje nam konkretne teksty do śpiewu. Są to zazwyczaj teksty biblijne, co sprawia, że Msza Trydencka jest przepełniona Pismem Świętym. Posłuchajmy przykładowego introitu z IX Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego.

Tekst polski i łaciński:
Ecce Deus adiuvat me, et Dominus susceptor est animae meae: averte mala inimicis meis, et in veritate tua disperde illos, protector meus, Domine. Ps. Deus, in nomine tuo savum me fac: et in virtute tua libera me. V. Gloria Patri.

Oto Bóg dopomaga, Pan podtrzymuje me życie. Odwróć zło ku moim przeciwnikom i według Twej obietnicy zniwecz ich, obrońco mój, Panie. Ps. Boże, zbaw mnie w imię Swoje, i mocą Swoją broń mej sprawy. V. Chwała Ojcu.

5. Co z aktywnym uczestnictwem?

Kolejnym spostrzeżeniem, jakie możemy wynieść z uczestnictwa we Mszy w NFRR, jest pozornie mniejsza zewnętrzna aktywność ludzi. Tu może pojawić się zarzut, że Msza „trydencka” uniemożliwia aktywne uczestnictwo. Czy tak jest naprawdę?

„Aktywne uczestnictwo”, tak ważne dla dobrego przeżycia Mszy Świętej, nie polega na czysto zewnętrznych gestach (zmienianiu pozycji ciała, odpowiadaniu kapłanowi), na zewnętrznym zaangażowaniu w liturgię (np. posługa ministranta, czytanie lekcji czy udział w procesji z darami) ani też na dokładnym zrozumieniu każdego słowa Mszy (mówiliśmy już, że jest to niemożliwe). Czym więc ono jest? Ojciec Święty poświęca temu zagadnieniu część rozważań zawartych w książce Duch liturgii, gdzie dochodzi do wniosku, że „prawdziwe działanie w liturgii, w którym mamy wszyscy uczestniczyć, to działanie Samego Boga. To jest właśnie nowość i charakterystyczna cecha chrześcijańskiej liturgii: Sam Bóg działa i czyni to, co jest najważniejsze”. Aktywne uczestnictwo wiernych polega na uczestnictwie duchowym, na świadomym przeżywaniu tego, co dzieje się na ołtarzu, na duchowym jednoczeniu się z ofiarą Chrystusową i na kontemplacji. Przy takim nastawieniu cisza, modlitwa i adoracja stają się wyrazem aktywnego uczestniczenia. Bez duchowego uczestnictwa we Mszy Świętej nie będzie uczestnictwa aktywnego, w jakimkolwiek rycie Msza nie byłaby odprawiana. Przeżywając duchowo Mszę, modląc się, odnajdując Boga w ciszy, zwracając się – wraz z kapłanem – do Zbawcy, a zarazem poznając znaczenie obrzędów Nadzwyczajnej Formy, dążymy do najbardziej aktywnego uczestnictwa. Niejednokrotnie jest tak, że Msza „Trydencka” uczy nas i pozwala nam na jak najbardziej aktywne uczestnictwo w liturgii.

Akt liturgiczny realizuje się już w samym oglądaniu czynności liturgicznych. Wierni, spostrzegając to, co się dzieje na ołtarzu, i wypowiadając słowa liturgii, nie tylko są widzami, ale już realizują akt religijny. Przeżyłem to kiedyś w katedrze w Palermo, kiedy namacalnie odczułem wielkie skupienie i uwagę, z jaką wierni godzinami śledzili przebieg liturgii Wielkiej Soboty nie zaglądając do tekstów, bez żadnych „wprowadzających” wyjaśnień. Samo przyglądanie się wiernych było już czynnością, uczestnictwem w realizacji świętych wydarzeń liturgicznych.

Bo istota aktu nie zawiera się w wyjaśnieniu dodanym do gestów – że np. znaczy to, to a to. Lecz gdy kapłan „wykonuje” czynność symboliczną jako akt liturgiczny a oglądający to wierni „odczytują” tę czynność, wtedy sens wewnętrzny zostaje odebrany w zewnętrznym wyrazie. W przeciwnym wypadku wszystko jest czystą stratą czasu i lepiej by było po prostu „powiedzieć”, o co chodzi. Symbol jest bowiem sam w sobie czymś cielesno-duchowym, wyrazem niewidzialnego w widzialnym.

Ks. Romano Guardini

Opracowanie: x. Kamil Mielniczuk.